
a_senior
Members-
Liczba zawartości
2 458 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
14
Zawartość dodana przez a_senior
-
I Paryż.
-
Ja też tak robię gdy mnie zastawią. Mój samochód ma 10 lat i sporo obtarć.
-
Ale nie mieszkasz tam, gdzie trzeba tak parkować jak na zdjęciach. Moje wyczyny w parkowaniu na kopertę na mojej ulicy. 🙂 Z bagażnikiem nie dałbym rady. 🙂
-
Zięć. 🙂 Jakiś Thule, zięć nie kupuje byle czego. Pomagałem mu ze dwa razy w zakładaniu bagażnika i 3-4 rowerów do niego. Nie trwało to 5 sekund, ale trochę dłużej. Jakaś blokada nie chciała wskoczyć, rowery trzeba było dodatkowo czymś zabezpieczyć... Tragedii nie było, ale nie robiło to na mnie wrażenia łatwości i szybkości. BTW, rower na mój bagażnik dachowy zakładam mniej więcej w 10 sekund. Na pewno z rowerami na dachu, na ogół dwoma, więcej spalam. Średnio 1 l więcej. Trochę go słychać, ale umiarkowanie. Ale nie boję się cofać do tyłu. 🙂 Wiem, że bagażnik na hak ma swoje plusy dodatnie 🙂. Przede wszystkim nie trzeba roweru targać do góry. Ale w moim przypadku ma też duże niedogodności. Przez większą połowę 🙂 roku żyje w mieście w kamienicy. Box i uchwyty rowerowe trzymam w piwnicy. Ten bagażnik rowerowy na hak musiałbym też tam trzymać. Bardzo kłopotliwe. Zakładanie takiego bagażnika na ulicy bardzo utrudnione. Parkowanie w Krakowie - prawie niemożliwe. Itd.
-
Ale pogoda taka sobie. I zazdrości trochę mniej dzięki temu. 🙂
-
Faktycznie, nie kłamałeś. 🙂
-
Belki dostałem od poprzedniego właściciela a ściśle właścicielki a box (Thule Pacific) można kupić za ok. 1800 zł. Zakłada sie go szybko i banalnie, nieco więcej zachodu przy zakładaniu belek. Od lat posiadam uchwyty na rowery Thule do montowania na belki. Ale masz rację, pomimo konkretnego wzrostu i wciąż przyzwoitej siły, coraz trudniej mi się ładuje rowery. Zwłaszcza, że samochód (SUV) dość wysoki. Mimo wszystko bronię się przed kupnem bagażnika rowerowego na hak. Zięć ma i widzę jakie to kłopotliwe w zakładaniu. Do tego spory dyskomfort w manewrowaniu samochodem do tyłu + niewygodny dostęp do bagażnika. Mam nadzieję, że się wybronię. 😉
-
Filmik nie wchodzi.
-
Tak, nie szorty, ale kompakty. Tak się na to mówiło. Dzięki.
-
Czyli w Andaluzji. Byliśmy tam na objazdowej wycieczce w 2018 r. z biurem podróży. Cuda! Kilka zdjęć z flamenco na końcu. Zdjęcia są w większości opisane. https://photos.app.goo.gl/dd8UXdhluVyoFLl12
-
On pewnie nie jeden raz porzucił. Kasa się liczy. 🙂 Ty na poważnie? Nie widzisz, że sobie robię jaja. Z siebie. 🙂 W czasach mojej młodości, a więc długich, prostych nart, popularne były tzw. shorty (nie jestem pewien nazwy). Takie krótkie, ale wyraźnie szersze nartki. Długości dzisiejszych slalomek. Oczywiście "proste". Sporo ludzi na nich jeździło, czasem zamiennie. Np. moja znakomicie jeżdżąca koleżanka, instruktorka PZN, demonstratorka PZN na zagranicznych pokazach.
-
W moim bagażniku (KIA Sportage) jest włożona plastykowa wkładka. Nawet jak się trochę trochę wody wygeneruje, np. z butów, to zostanie na tej wkładce.
-
Ufff. Ulżyło mi. Do tego żona, gdy jej pokazałem ten filmik, stwierdziła, że facet jest pewnie dwa razy młodszy ode mnie. No i wszystko jasne. 🙂 A przy okazji zdjęcie z tego filmu, gdzie Reilly klasyfikuje poszczególne ewolucje. Rozróżnia zatem: podstawowy krótki skręt karwowany :), krótki skręt dynamiczny, czyli mniej karwowany od poprzedniego i skręt średni, jak rozumiem karwingowy. Długiego nie pokazuje. Facet świetnie jeździ, ale to czyste, nierealne science fiction jak mawia Jan. Jazda w tak niskiej pozycji przez dłuższy czas, zwłaszcza dla wyższych osobników jest, powiedzmy to sobie... niekomfortowa. 🙂
-
Cholera jasna. Mam identyczne narty. Z tego samego roku. Dlaczego ja tak nie je jeżdżę? 😉
-
A nie lepiej ciut wyższy. Ja mam Thule Pacific 600 o wys. 39 cm. Narty, również bokiem, i buty na płask wchodzą bez problemu. Nawet 4 pary. Narty warto kłaść naprzemiennie by wiązania nie kolidowały ze sobą. I jeszcze coś tam dodatkowo wchodzi do boxa. Ale tak tylko do kwatery, jak Monika. Na codzień wozimy buty w bagażniku a ja nawet w środku samochodu by im ciepło było (wyjątkowo ciężko się je wkłada). A dalej to zależy. Jeśli podjeżdżamy samochodem to ubieramy buty narciarskie na parkingu. Niekiedy, gdy np. podjeżdżamy skibusem to jak Marek, biorę buty do plecaka lub przewieszone przez ramię (spięte rzepami) i zakładam przed jazdą. Plecak z butami turystycznymi wożę ze sobą lub zostawiam w przechowalni o ile taka istnieje. Plecak tak czy tak wożę ze sobą. Woda, kanapki... Czasem zostawiam go gdzieś na stacji, ale niechętnie, bo raz mi go częściwo rozkradziono. We Francji.
-
Muszę to żonie zacytować. 🙂 Ale już znam odpowiedź: "trzeba się było nie żenić". 🙂 Szczerze mówiąc noszenie dwóch par nart mi nie przeszkadza. Nawet wkładanie ich do koszy jakoś ogarniam. Ale i tak wolałbym nosić jedną parę, nawet ciężką. 🙂
-
Też bym zapytał. Zając (jak masz na imię?) dlaczego takie długie? 🙂 Ale ja sie na tego typu nartach nie znam. Może właśnie takie mają być. Ale mam pytanie. Będziesz woziła dwie (a może trzy) pary nart i je w zależności od warunków i okoliczności zmieniała? Czy z góry zdecydujesz które z nich, ale tylko jedną parę, bierzesz na wyjazd? Do tego, jak rozumiem, nie ciągnie Cię poza trasy. No i ciężko Ci się nosi jakiekolwiek narty, jak sama wyżej pisałaś. BTW, bardziej bym chłopa uruchamiał. Sam swojej pani od lat noszę narty. A ona za to moje kijki. 🙂
-
Ale uczciwie pisząc to koledzy nie tyle zostali wykopani co zdecydowali się wykopać. Z Pawłem też jeździłem wiele lat temu. Dobry narciarz. Nieźle narciarsko zakręcony.
-
Tak, na dzisiejsze standardy. Ale ja pisałem o "dawnych" standardach. Wyciągałeś rękę, zginałeś w nadgarstku i narta miała sięgać pod nadgarstek. Dlatego przez wiele lat jeździłem na nartach 210 cm przy wzroście 186 cm (patrz zdjęcie, które już chyba kiedyś wstawiałem :)). Dopiero w latach 90. przeszedłem na 200 i to była duża różnica. Na plus. 🙂 A gdy kupiłem swoje pierwsze karwingi o długości 184 cm (Elan Integra 10) to czułem jakbym jeździł na łyżwach. 🙂 Chodziło mi o to, że te "dawne" narty wymuszały zupełnie inną technikę. Trudno było na nich skręcać równolegle jakkolwiek. Dlatego było tak wielu narciarzy, jak np. mój ojciec, którzy skręcali wyłącznie techniką oporową. Wtedy to się nazywało skręt z oporu, dziś z pługu czy półpługu, w sumie nazwa bez znaczenia. I dlatego trudno, a w każdym razie trudniej niż dziś, było w tych przedkarwingowych czasach nauczyć się jeździć nawet na podstawowym poziomie. Marku, cieszę się, że Twoi koledzy po 40. biorą sie za narty. Naprawdę i szczerze. Lepiej później niż wcale. Narciarstwo to wspaniała dyscyplina pozwalająca nie tylko przeżyć trudną dla zwierzęcia, także ludzkiego 🙂, porę roku, ale jeszcze się z niej cieszyć. I to jak. 🙂 Najlepiej w rodzinnym gronie i wsród przyjaciół czy znajomych. Sprawia, że życie jest piękniejsze i ciekawsze. I życzę im wszystkiego najlepszego w tej dziedzinie.
-
Tak mi nostalgicznie przypomniałaś moje lata 90. Pod koniec 93' wróciłem z kilkuletniego pobytu z Francji. Wbrew pozorom byliśmy dość biedni. Gorzej, przez nas wyjazd nie załapaliśmy się w różne nowe układy, które w międzyczasie się porobiły. Dwie gołe, państwowe pensje w budżetówce. Na nowe granty i projekty trzeba było przez kilka lat popracować i poczekać by w nie wejść. A na utrzymaniu dwójka wciąż małych dzieci. I pewnie nie nartowalibyśmy w ogóle gdyby nie moja narciarska pasja. I jeździło się gdzie... było tanio. Ale się jeździło. Np. na Gubałówkę. Albo do Zuberca. Dzieci oddaliśmy do różnych klubów i skrobaliśmy pieniądze na ich wyjazdy klubowe. Pierwszy poważny rodzinny wyjazd w nowej Polsce w Alpy miał miejsce w 1999 r. do małej austriackiej stacji Donnersbachwald.
-
Są i ich nie ma. 🙂 Są, bo mamy średnio więcej pieniędzy niż kiedyś, dostęp do lepszych terenów, w tym Alp i łatwiej opanować podstawy jazdy karwingowej. Wystarczy przechylanie na boki by jako tako skręcać w łagodnym lub ciut trudniejszym terenie. A nie ma, bo do opanowania tego wszystkiego co trzeba do jazdy w trudniejszym terenie, a więc właściwego ustawienia ciała, dozowania ześlizgu gdy trzeba, gry krawędzi, pracy kijków, właściwego, adekwatnego odciążenia trzeba mniej wiecej włożyć tyle pracy i czasu co dawniej. No może pomaga fakt, że współczesne narty, SL czy nawet GS są krótsze od tych dawnych mierzonych na wyciągnięcie ręki.
-
Piękne. 🙂
-
Nie wiem gdzie leży prawda, może Victor kłamie a raczej mija się z prawdą 🙂, ale nie sądzę. Swoje w życiu narciarskim widziałem, "kilka" sezonów przejeździłem, nawet miałem krótki, 2-3 letni epizod instruktorski. A przede wszystkim śledziłem postępy kilku moich 30-paroletnich kolegów, którzy zaczęli przygodę z nartami późno. I jeszcze raz podkreślę, patrząc na dwa filmiki z jazdą Victora (no chyba, że podstawia inną osobę :)), który zaczynał od zera w "pewnym wieku" (jak sie domyślam po 40-ce), przejeździł tylko 5 sezonów, z tego dwa pod okiem instruktora, na jego całkiem poprawny śmig, cokolwiek przez to pojecie rozumiemy, to stwierdzam, że wynik jest rewelacyjny. Takiego szybkiego postępu w swoim życiu nie widziałem. Oczywiście, że nie wszystko w jego jeździe jest OK, że to i owo trzeba poprawić, że mam pewne zastrzeżenia do jazdy Tadeo i tego konsekwencji u jego adeptów. Ale i tak jest świetnie jak na kogoś kto do nart startuje stosunkowo późno w życiu i nie przejeżdża rocznie 100 dni na nartach. A nawet przy 100 dniach rocznie zaciekłej pracy byłbym pozytywnie zaskoczony. Narty, pływanie i jazdę samochodem, jak również kilka innych umiejętności, np. języki obce, powinno się opanować wcześnie w życiu. Inaczej nigdy nie osiągniemy dobrego poziomu, co najwyżej poprawny. Dlatego my jako rodzice staramy się by nasze dzieci załapały to wszystko jak najwcześniej. Sam to robisz z powodzeniem. 🙂 A nasze dzieci przekazują pałeczkę dalej. No więc Victor wydaje się w tym wszystkim wyjątkiem potwierdzającym regułę. 🙂
-
A śniegu, tego naturalnego, dużo więcej niż w Dolomitach.
-
Można powiedzieć, że jesteś żywą reklamą Tadeo, jego kursów i metod. 🙂 Przy zastrzeżeniach, które znasz.