Skocz do zawartości

a_senior

Members
  • Liczba zawartości

    2 464
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    14

Zawartość dodana przez a_senior

  1. Lepiej chuchać na zimne i... brać coś na rozrzedzenie krwi. Bo samo migotanie ponoć nie jest groźne. Ino tylko te ewentualne zakrzepy i ich konsekwencje. Ale gdyby migotanie się powtarzało to ablacja. Mnie bardzo pomogła. A wagę zawsze warto sprowadzić do tej właściwej. MŻ i WR. 🙂
  2. Właśnie wróciłem z Węgier. Pierwszy raz na dłużej. Odwiedziłem też Balaton podjeżdżając rowerem kilka km z naszego Heviz. I zamarzyła mi się jazda rowerem wokół Balatonu. Ok. 220 km. Można podzielić na kilka odcinków. Jak tylko zdrowie dopisze, to kto wie, może w przyszłym roku. Bardzo dobrze odbieram Węgry i Węgrów (mimo że głosują na Orbana :)). Mili, niepazerni na dutki, czysto, schludnie, dobre wino. Język z innej planety, ale z wieloma się dogada po lingua anglica. Piękne okolice.
  3. Dzięki, dzięki. Rytmika to już od dawna nawala, choć na razie opanowana, czyli w normie (fachowo mówią rytm zatokowy), ale od pewnego czasu pojawiły się problemy z przerwami pracy serduszka. I trochę na wyrost, ale w tych sprawach żartów nie ma (40 letni syn znajomej, wysportowany, bez nałogów nie obudził sie pewnej nocy), założono mi rozrusznik. Niektórzy fachowcy twierdzą, że w pewnym wieku każdy, zwłaszcza chłop, powinien go mieć. W niczym nie przeszkadza, nawet rezonas jest dopuszczony, a uratować to liche życie może. Z dietą problemów nie ma, ale z abstynencją to u mnie różnie bywa. 😉 Faktem jest, że zbyt dużo tego co powoduje szum w głowie i błogi nastrój (co prawda u niektórych agresję, ale to nie mój casus) sprzyja niestety arytmii. O nartach i moim w nich udziale myślę coraz bardziej pozytywnie. 🙂 Nie wiem jaki będzie w nich udział lewej czy prawej stopy, ale od ho ho lat skręcam z odciążenia stopy zewnętrznej (przyszłej wewnętrznej). 🙂 Nawet zacząłem z małżonką omawiać najbliższą destynację (nie mylić z destylacją :)). Ja bym chciał jakieś Włochy, a ta czegoś z grubej rury, np. Ischgl. Pożywiom uwidim.
  4. Te moje doświdczenia dotyczą wiejskich psów. Nawet ostatnio pogoniłem jednego w mojej okolicy. Wnuki miały wielka zabawę. 🙂 Nigdy tak warczącego dziadka nie widziały.
  5. Chyba się uda, ale nie chcę zapeszać.
  6. Spróbuj tak jak ja zrobiłem. Tak mnie wkur... taki jeden, że zsiadłem z roweru i ja jego pogoniłem wydając straszne dzwięki i szczerząc zęby. 🙂 A on dobrze wyczuł, że byłem naprawdę mocno wkur...
  7. Nie tylko narciarskich. I fora podzielą los grup newsowych, których nawet google przestał wspierać. Dlaczego tak jest? Nie wiem i nie rozumiem do końca. Ludzie lubią proste i środki przekazu. By nie powiedzieć prostackie. I dużo fajerwerków i szybkich i powierzchownych wrzutek. Wystarczy pooglądać co ludzie oglądają na telefonach w tramwajach czy autobusach. Na pewno FB podbiera dużo aktywności. Cóż, dla takich jak ja to nie to. Popróbowałem i nie, dziękuję. 🙂 Z forami narciarskimi jest jeszcze tak, że dotyczą aktywności uprawianych zimą. A mamy jeszcze lato. Stąd dużo tu o rowerach, kajakach, itp. Ale zima kiedys przyjdzie a z nia wyjazdy, relacje z nich, spotkania w realu...
  8. Adamie, też pozdrawiam Cię serdecznie. Nawet przejeżdżałem przez Zwardoń w drodze na Węgry, gdzie spędziliśmy, a konkretnie w Heviz, udany tydzień. Wypływałem się (wpław) jak za dobrych młodszych lat. I przekonałem się, że mój nowy nabytek (rozrusznik serca) nie przeszkadza w pływaniu. 🙂 To co pisałem o uruchomieniu stopy było zapewne tłumaczeniem z jednych z filmów Morgana. Tak, on podkreśla rolę stopy a nie kolana i pewnie zgodziłby się ze wszystkim co piszesz w tym wątku. Swoją drogą nic ostatnio nie tłumaczę, bo nie ma nowych materiałów. Może nałapał już tyle klientów, że nie musi/chce kręcić nowych YT. A może się zestarzał. 🙂
  9. a_senior

    Pierwszy raz w Alpach,

    Z narciarskim Szczyrkiem wiele mnie łączy. Może kiedyś opowiem jak być może uratował mi życie. Ale pamiętam jeden wypad, o którym może już pisałem. Grudzień 1970 r. Tzw. rozjeżdżanie instruktorów, czyli przedsezonowy tydzień zajęć doszkalających dla instruktorów i pomocników pod okiem doświdczonego IW (instruktora wykładowcy). Może było ich dwóch, nie pamiętam. W radio komunikaty o strajku w Gdyni i ofiarach, a my sobie na nartkach. W jedną noc mocno sypnęło śniegiem. Nie było tego 120 cm, ale pewnie 50-60 cm było. I nasz wykładowca poprowadził z nami ćwiczenia jazdy w puchu. Między krzaczkami w lesie. Różnie to nam wychodziło, ale przeżyliśmy.
  10. a_senior

    Pierwszy raz w Alpach,

    Pisałem, Google za mnie pamięta. 🙂 Podróżowałem, podróżowałem, ale w PRL niełatwo było wyjechać w Alpy. I kosztowało to niemało przy pensji rzędu 20-30$. Wtedy się jeździło na Kasprowy i do Szczyrku, a w weekendy często do Kasiny, na Polczakówkę (Rabka) i przede wszystkim do Lubomierza.
  11. a_senior

    Pierwszy raz w Alpach,

    Mam, a raczej miałem, trochę podobnie. Liczyła się sama jazda, na nartach czy na rowerze. Frajda z jazdy była zawsze, czy to w Ischgl, czy na stoku w Lubomierzu. Ale wiele się zmieniło z czasem. Przede wszystkim zacząłem doceniać rodzinność. Fajnie jeździć z żona, to oczywiście też, ale jeszcze fajniej w większym gronie. Jeździć i spotykać się w małych przystokowych barkach na małą kawkę czy piwko. Piszę o nartach, bo rowerowanie wolę samotne. Do tego coraz większą wagę zacząłem przywiązywać do widoków, panoram podziwianych w czasie jazdy (np. tej z Paganella https://photos.app.goo.gl/sEC7iaDXQ3x17GW47) czy ogólnie rzecz biorąc atmosfery jaką czujemy w alpejskich ośrodkach. I nie mam na myśli tzw. apres ski, z którego w zasadzie nie korzystałem. Tego w Polsce czy Słowacji nie znajdziemy. Choć nie mogę powiedzieć, że mój pierwszy raz w Alpach był jakimś przełomem, zwłaszcza, że dotyczył małej stacji. Pierwszą dużą, jaką poznałem, była Solden w 2004 r. I muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie wrażenie. Rozmaitość tras, piękne widoki i sama jazda na nartach, bo warunki, i moja kondycja :), były wtedy wyśmienite. Aha, sprawdziłem, ten mój pierwszy narciarski wyjazd w Alpy miał miejsce rok wcześniej niż podałem, czyli w 1990 r. Też spaliśmy w Haber Poche i tu jeździliśmy. Pamięć mam zawodną, i coraz gorszą ;), ale ratuje mnie Google Photos i tysiące pokatalogowanych w albumy zdjęć. A przy każdym zdjęciu jest data. 🙂
  12. a_senior

    Pierwszy raz w Alpach,

    To mega ośrodek. Jakoś tak sie stało, że nigdy nie dane mi było pojechać do dużego francuskiego ośrodka. Kilka razy się przymierzałem i nigdy nie wyszło. Trochę szkoda. Z drugiej strony każda nieco większa stacja alpejska, włoska, austriacka czy szwajcarska w zupełności wystarczy do zaspokojenia narciarskich marzeń. Byłem w wielu i nawet nie jestem w stanie powiedzieć, która z nich najbardziej przypadła mi do gustu. Chyba najlepiej wspominam jeden z pobytów w Galtur (Ischgl) w Austrii, ale to pewnie z racji rodzinnych. Bardzo dobrze wspominam też niespodziewany pobyt w Paganella w 2022 r.
  13. Ciekaw jestem kiedy i gdzie zaczęliście nartowanie w Alpach. Pewnie z racji wieku i przebiegu będę pierwszy, ale może nie. Mój pierwszy raz to była mała stacja francuska Hirmentaz. W sam raz na rodzinne nartowanie. Mieszkaliśmy w pobliskim Haber Poche, które też jest niewielką stacją, ale jeździliśmy w Hirmentaz. Na polskie warunki jest gdzie jeździć. 🙂 1991 r. Dawne czasy. Jak ten czas szybko leci. Dlaczego tak szybko? 🙂 Tu pierwsze narciarskie kroki stawiała 4-letnia córka. Dorzucam kilka zdjęć. Jakże mało ich wtedy robiłem. I już tego nie naprawię. 🙂 Potem jeździłem do kilku małych i średnich stacji francuskich, a potem była kilkuletnia przerwa, gdzie jeździliśmy głównie na Słowację. I dopiero od początku tego wieku były już regularne wyjazdy w Alpy.
  14. a_senior

    Pomoc w doborze nart

    Te dwa Salomony są do siebie podobne. Różnią się nieco szerokością i wiązaniami, ale różnice są znikome. Ja z tych trzech wybrałbym najtańsze, czyli Volkle. 🙂 Ale jestem z Krakowa. 🙂 Do tego Volkle mają "ułatwiacz" skrętów w postaci przedniego rockera (lekko podniesione dzioby). Długość raczej w okolicy 155 cm, 160 cm też będą OK. Każda znana firma robi dobre narty. Do kolekcji dorzuciłbym jeszcze Rossignole.
  15. A tak z ciekawości. Próbował ktoś kiedyś jazdy na takim czymś? Ja nie miałem okazji. Pewnie bym dał rady po kilku, może wielu, próbach, ale wyzwanie spore. Kiedyś próbowałem pojechać na rowerze poziomym. Po kilku podejściach dałem radę pojechać, ale pewnie się nie czułem. No i przez pewien czas jeździłem na Stridzie. Taki specyficzny składak, który składa się i rozkłada w 2-3 sekundy. Pierwsze jazdy były bardzo niepewne, ale potem już było OK. A te welocypedy nazywano także łamaczami nóg. 🙂 Było z czego spaść.
  16. Nie. Nie ma żadnego wpływu na pedałowanie. Trzeba dobrze wyregulować pod ciężar. Ale pamietaj, że to jest sztyca pantografowa, bo ta prosta ze sprężyną w środku nie działa prawidłowo. Jedyna wada, prócz o tych co wcześniej pisałem, to lekkie cofnięcie siodeła przy montowaniu i w czasie uginania się sztycy. Trzeba to skompensować przesunięciem siodełka do przodu, ew. wymianą mostka na krótszy. Właśnie wróciłem z wycieczki pieszej na Śnieżnicę, a dokładnie na górną stację wyciągu w Kasinie. Tacy jak Ty rowerzyści mają tam dobrze. Nawet pogadałem chwilę z jednym z nich. Wyjeżdżają na górę krzesłem a potem zjazd jedną z kilku tras na dół. Jak na nartach, od łatwych do trudnych. Wszystko na rowerach stosownych, w kaskach, żółwiach, ochraniaczach. Gdybym miał nawet te 20 lat mniej chyba bym się skusił. Ba, nawet teraz mnie kusi. 🙂 A wracając na przełęcz Gruszowiec zbiegałem odcinkami jak za młodzieńczych lat. Uwielbiałem takie zbieganie nawet po bardzo stromych ścieżkach. Ojciec wyciągał mnie na nudne wycieczki górskie, więc musiałem sobie znaleźć rozrywkę. 🙂 Trochę groźne bo kamienie i żwir, no i wiek, ale dałem rady. 🙂 Aha, i wymyśliliśmy sobie z żona kilka dni nart w najbliższym sezonie. Spanie i jedzenie w ośrodku rekolekcyjnym (zdjęcie) blisko górnej stacji (20 min na piechotę). Niby rekolekcyjny, ale prowadzi też działalność czysto świecką. 🙂 Ceny rewelacyjne: 120 zł za spanie i jedzenie na dobę. Jedyny minus to, że trzeba zostawić samochód na dole i podejść 1 h. Bagaże wywożą za drobną opłatą.
  17. Ja też mam taki z pełną amortyzacją. Zostaje cały czas w górach (BTW w dawnej stajni u sąsiadki :)). Stary, niedrogi full, ale wciąż dobrze działa. Kilka razy przymierzałem się do kupna nowego, ale ten stary wciąż jest OK. Natomiast do wszelkiej innej jazdy typu asfalt/gruntówka z wertepami biorę crossa, tego ze zdjęcia. I do niego wstawiłem ową amortyzowana sztycę Suntoura. Dlaczego? Bo po kilku strzałach w kręgosłup na nadmorskich ścieżkach uznałem, że coś trzeba z tym zrobić. Oczywiście najlepiej antycypować nierówności i amortyzować nogami i kolanami, ale czasem nie zauważysz. Zdziwiłbyś się jak skutecznie amortyzuje ta sztyca. Fulla nie zastąpi, ale naprawdę robi dobra robotę. A tak w ogóle to uważajcie na te jazdy wertepowe. Wszelkie wstrząsy się z wolna kumulują w kręgosłupie. Nie odczujecie tego od razu. Nawet nie po 2-3 latach, ale po kilku, kilkunastu już tak. Podobnie z kolanami. Nie przesadzajcie z ciężkimi, siłowymi podjazdami. Kłopoty nie przychodzą od razu, ale znów po kilku, kilkunastu latach. To samo dotyczy jazdy z odkrytymi kolanami w zimne dni. Jak napisał pewien kanadyski lekarz, fachowiec od kolarstwa: "w czasie jazdy chrońcie kolana, trzymajcie je w ciepełku".
  18. Mitka już poznałeś, więc nie bierz tego zbyt poważnie. Ale przyznam, że i ja nie przepadam za taką wysoką pozycją. Owszem, po mieście jak najbardziej. Sam jeżdżę na "holenderce" z dość wysoką, a przede wszystkim, wąską kierownicą. Ta wąskość wielokrotnie przydaje się w ciasnych ulicach Krakowa, zwłaszcza na kontrapasach, czyli jazdą pod prąd. Ale do każdej innej jazdy zdecydowanie wolę bardziej pochyloną pozycję. Nawet moja małżonka też taką woli. Bardziej ergonomiczna, mniejsze opory powietrza i takie tam. 🙂
  19. Bo? 😉 Ma swoje wady, fakt. M.in. po kilku tys. km łapie luzy, a większym przebiegu, przydałoby się wymienić. Koszt niestraszny. Warto dokupić neoprenową osłonę. Mogę tylko żałować, że wpadłem na nią tak późno. Może miałbym teraz mniejsze kłopoty z odcinkiem lędźwiowym, który przez lata dostawał za żywota na wertepach namiętnie ujeżdżanych na HT.
  20. 29 w MTB to 28 w crossie i np. w rowerach miejskich, tyle że obszerniejsza opona. Ta sama średnica koła. Na 28 jeździ się od dawna, w tym jeżdżę ja. Dlaczego, znając dobrze ten rozmiar, wprowadzono go w MTB stosunkowo niedawno? Ja tego nie widzę jako postęp, ale jako uzupełnienie oferty. Komponenty i osprzęt nie jest obecnie lepszy Mitku jeśli porównasz klasyczne elementy. Zresztą zawsze były komponenty lepsze i gorsze co miało swoje odbicie w cenie. Osprzęt bezlinkowy ma sens i to rzeczywiście można nazwać postępem a w każdym razie istotną zmianą. A swoją drogą nie wszystko w tych zmianach rowerowych rozumiem. Dlaczego gravele nie mają z przodu amortyzacji. Może dlatego, że byłby to wtedy cross z barankiem jako kierownicą i nie można by tego nazwać gravelem. 🙂 I dlaczego tak mało ludzi używa amortyzowanych sztyc typu Suntour NCX? Dla mnie rewelacja. I dla kręgosłupa również. 🙂
  21. Ten postęp technologiczny trzeba traktować z dużą nieufnością i rezerwą. Wiele w tym komercji i wciskania ludowi ciemnoty. W rowerach, komputerach i wielu innych dziedzinach. Faktycznie, niekiedy postęp jest spektakularny, ale trzeba się dobrze orientować w temacie by odróżnić ziarna od plew. Czy postępem jest zmiana wielkości kół z 26 na 29 w MTB? Mam wątpliwości. Raczej poszerzenie oferty. Podobnie z napędami 3x 2x i 1x. Czy poszczególne podzespoły, typu przerzutki, łańcuchy, tarcze... są istotnie lepsze od tych produkowanych 20 lat temu? Czy są trwalsze? Czy ramy, stopy z jakich są robone czy ogólnie materiały (karbon) są lepsze od tych z przed 20 lat? Jak dla mnie istotne było wprowadzenie na szerszą skalę hamulców tarczowych, ale to żadna nowość. Itd. Dużo zmian, to fakt. Ale czy w dobra stronę? Istotna zmiana, czy sie to nam podoba czy nie (mnie nie :)) to wprowadzenie i udoskonalenie elektryków czy de facto motorowerów. Nawet dzieciaki na wsi na takich chcą jeździć i jeżdżą o ile stać na nie rodziców i krewnych (komunie 🙂). W komputerach przesiedziałem całe moje życie zawodowe. Postęp ogromny, choć prawie wyłącznie w technologii, bo koncepcja i zasady działania są niemal te same co w koncepcji Von Neumanna stworzonej w latach 40. ubiegłego wieku. Ale w techologii postęp jest ogromny. Superkomputer na owe czasy zainstalowany w krakowskim Cyfronecie w 1975 r., Cyber 73, jeden z dwóch największych w Polsce, miał trzy dyski. Każdy z nich był sporą szafą z krecącym się bębnem i posiadał pojemność 100 MB. Nie giga, mega! Po kilkunastu latach z tych trzech tylko jeden pozostał sprawny i to dzięki sztuczkom mojego kolegi. Jeszcze na początku lat 90. największy komputer w Polsce miał dysk o pojemności 100 MB! Postęp postępem, ale w laptopach, przynajmniej od dobrych kilku lat, postęp jakby przyhamował. Procesory niby ciut lepsze, ale szału nie ma. Dyski ciut większe, ale znów bez szału. Podobnie ekrany. Dużym krokiem naprzód było wprowadzenie na szeroka skalę dysków SSD co pozwoliło dać drugą młodość wielu starszawym laptopom poprzez wymianę tradycyjnych dysków. I znów, co komu potrzebne i co kto lubi. Najbardziej wymagające dla laptopa są gry. 🙂Osobiście do typowych zastosowań, czyli internet, obróbka zdjęć, składanie filmów i takie tam, używam kilkuletnich laptopów Lenovo. Ostatnio kupiłem za 800 zł (sic!) Lenovo T480 z procesorem I5 (jakaś nowsza generacja) i SSD 256 GB. I Windows 11. Bateria trzyma kilka godzin. Wcześniej dla żony T460. A wciąż mam w całkiem dobrym stanie dwa 10-letnie Lenovo X230. Niezniszczalne.
  22. Może tak. W pracy mam, a właściwie miałem, podobnego do Mitka w sensie rowerowania osobnika. Nawet jeździł na tych samych maratonach co Mitek i pewnie go spotkał. Do pracy też dojeżdżał na rowerze jakieś 25 km w jedną stronę. Tenże mój kolega jeździ na lekko zmodyfikowanym MTB typu Unibike. Chyba ostatnio zmienił rower na trochę lepszy, ale dalej jest to średniak. Takie średnie Volvo w samochodach. Jeżdżę SUV-em AWD bo muszę. Inaczej nie dojadę do mojego górskiego domku. Inaczej nigdy bym takiego nie kupił. Ale przyznaję, że polubiłem ten typ samochodu z różnych względów.
  23. Czy pamiętamy? 🙂 Miałem i używałem ich w życiu kilka. A jeden z nich intesywnie w Szwecji, gdzie spędziłem 2 miesiące na saksach w 75 r. Dojeżdżałem na nim do pracy (fabryka Ericcsona w Soederhamn), a w weekendy do tamtejszych dzikich i pustych lasów by zbierać lingon (nasza brusznica) i sprzedać go w punkcie. Było potem na obrączki ślubne. 🙂 Jeden z Wigry 3 ukradziono mi w pracy w Krakowie a jeszcze innemu pękła rama i udało mi się dokupić nową w sklepie. Na koniec, ten Wigry z wymienioną ramą też ukradli ze strychu. 🙂 Zasze traktowałem te różne Wigry jako idealny środek transportu na małe odległości. Nie czytam uważnie dyskusji sprzętowej. Blisko mi do zdania Mitka. Gravel uważam za przejaw mody (ciekaw jestem jaki będzie modny jego następca). Dodam, że na różnych rowerach szosowych (kolarkach) przejeździłem prawie 30 lat życia. Myślę, że w kupowaniu rowerów jest tak, jak wszędzie indziej, np. w kupowaniu samochodów. Dla zdecydowanej większości wystarczy dobry średniak. Np. z obecnej, względnie taniej Kia Sportage, jestem bardzo zadowolony. Gdybym przez przypadek wygrał na loterii drogi i wypaśny BMW, Lexus czy Merc... szybko bym go sprzedał. Pieniądze na lokatę dla... wnuków. 🙂 A kolejny samochód... czemu nie znowu Kia Sportage. Choć obecna ma tylko 100 tys. przebiegu. Chyba nie zdążę jej zmienić. 🙂 Dla przeciętnego miłośnika rowerowania (asfalt, grunt, leśne ścieżki) optymalny wydaje mi się cross lub HT gdy więcej jeździmy po pwertepach. Np. taki Giant Roam 2 (ten właśnie proponuję różnym znajomym) kosztuje niewiele ponad 3 tys. zł. Do trudniejszej jazdy w górach, choć bez ekstremów, IMHO powinien być dobry full, ale w granicach 10-15 tys. zł. można znaleźć dużo sensownych modeli. Do bardzo trudnych jazd górskich typu enduro (ostre zjazdy, skoki) rower typu enduro. 🙂 Ceny bardzo konkretne. Ale kto z forumowiczy, poza Piotrem, uprawia takie coś? 🙂 Ja uprawiałem dawno temu, ale wtedy pojęcie enduro było jeszcze nieznane. 🙂 I jeszcze jedno. Rower to nie narty. O ile uważam, że warto kupować narty z górnej półki, nawet będąc tylko narciarskim średniakiem, o tyle z rowerami jest inaczej. Nie ma co przepłacać w przypadku typowych rowerów. Chyba że chcemy szpanować innym szpanerom.
  24. Dzięki za życzenia. Robie co mogę by go podtrzymać. Znaczy się zdrówko. Czyli jedziesz od Tyńca, gdzie spożyłeś. 🙂 Podjazd pod klasztor Kamedułów (to Mordor?). Podjazd pod alejkę, która prowadzi do kopca Kościuszki to poważna sprawa. Raczej z buta. Ale potem już po równym. To czym hamujesz? Nogami? 🙂 Będzie ciężko. 🙂 Był czas, że codziennie jeździłem pętlą: wałami Rudawy, podjazd pod ZOO, zjazd do Kamedułów, kawałek wałami Wisły, powrót wałami Wisły z drugiej strony, podjazd pod Al. Waszyngtona, zjazd do Błoń.
  25. Naparzanki były, są i będą. Takie som ludzie jak mawiała pewna przekupka. FB to nie dla mnie. Popróbowałem, ale toto mi nie psuje. Do sezonu jeszcze daleko. Myślę, że tematy narciarski znów się pojawią na SF w stosownym czasie.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...